Heeeeeejjjjjjkaaaaaaa
Udało mi się wrócić do domu. Powrót nie poszedł zgodnie z planem ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.. dzięki temu miałam dobra wymówkę żeby nie iść na wesele i mogłam posiedzieć dłużej na wyspie. Choć nie powiem, żebym się nie stresowała całą tą sytuacją...
Po kolei.
Pojechałam zgodnie z planem, z przewoźnikiem, którego wyszukałam w internecie. Sama.
Ostatni prom na wyspę miałam o północy, niestety nie zdążyliśmy. Następny był przed 6., na szczęście kierowca poczekał ze mną.
Co do powrotu mieliśmy się dogadać telefonicznie, bo on miał odwozić Chorwatów 4. lub 5. i wtedy zabrać mnie do Polski.
Niestety nie odpisywał mi potem na smsy, rozmowa kosztowała mnie bardzo dużo pieniędzy a i tak nie dowiedziałam się niczego oprócz tego, że on czeka na potwierdzenie i ja muszę czekać. Mama sie mnie dopytywała kiedy będę.. W sobotę miałam wesele a w piątek wieczorem nadal nie miałam żadnej odpowiedzi. W końcu okazało się, że on nie jedzie bo tamci zrezygnowali.
Zostałam więc bez transportu.
Na szczęście mam przyjaciółki i dobrych ludzi wokół siebie, którzy długo szukali w internecie transportu (niestety bezpośrednio nie było nic a nic, pierwsze wolne miejsca na 20-go maja...) i doładowywali mi konto w telefonie. Musiałam pisać do kierownika, że mnie nie będzie w pracy, byłam pewna, że jak wrócę to nie zobaczę się w grafiku bo nie byłam dla niego zbyt miła. Ale co miałam zrobić jak nie potrafił zrozumieć, że nie mam skrzydeł żeby następnego dnia być w pracy?
W końcu znaleźliśmy busa z Wiednia do Polski, a znajoma z agencji turystycznej, tam na wyspie wyszukała mi najlepsze autobusy, żeby dojechać do Wiednia z Cresu.
Takim sposobem we wtorek wyjechałam o 6 rano trasą Cres-Rijeka-Zagreb-Beć(Wiedeń)-Wiedeń-Warszawa-Lublin.
Dotarłam wczoraj po południu.
Nawet nie wiecie jak uwielbiam takie wycieczki i jak mocno się cieszę, że nie musiałam wracać w piątek, a o trzy dni później
I nie wiecie jak mocno tęsknię za ich życiem, a jak mocno nie chcę być teraz tutaj, w domu i wracać do tej codzienności.
Całe szczęście, że zaczęły się juwenalia to wieczorami mogę skoczyć na koncerty.
A odnośnie życia tam to:
mieszkałam sobie na Steli:
Myłam okna, myłam gary, smażyłam placki ziemniaczane, które i tak zawsze lądowały w morzu, następnym razem mam wziąć koleżankę, która potrafi gotować, a nazywali mnie od tych placków "Śplaczka". Nazwy "placki" też nie wiem dlaczego nie potrafili wymówić, więc pytali się kiedy znowu zrobię "śplaczki".
Wyspa była piękna, cudowna, przeżyczliwi ludzie, spokojne życie. Niestety nie mieli dla mnie pracy ;/;/;/;/ Dlatego właśnie musiałam wracać tu ;/
Dzień w dzień piłam minimum 8 piw i za żadne ani razu nie zapłaciłam. Nie wiem kto je kupował ale jak tylko opróżniłam butelkę nagle stała nowa, pełna. Tam panował taki zwyczaj, że ludzie (najczęściej pracujący w porcie, ale nie tylko) kupowali kolejki wszystkim.
Kiedy marynarze ze statku stojącego obok nas w porcie dowiedzieli się, że wracam następnego dnia do domu, a teraz idziemy na piwo pojawili się w ciągu pół godziny w barze i moje wyjście na jedno piwo skończyło się powrotem o drugiej, po wypiciu pięciu piw.
Nie opaliłam się ani trochę, ani razu nie byłam na plaży, codziennie robiliśmy coś na statku (ci, którzy się na tym znali naprawiali silnik, podłączali wodę, układali panele, malowali) tak, że dzisiaj jest gotowa do zabierania pasażerów w rejsy i wracają właśnie do domu.
Po raz pierwszy próbowałam papierosa z mięty, łapać ryby w worki po ziemniakach i polować na nie z jakiegoś ostrego kija. Dobrze, że na drugim statku mieli kucharza i zapraszali nas od czasu do czasu na obiady, bo my to tylko śplaczki, jajka i kokosza
Ale jak zobaczyłam co oni jedzą na obiad a były tam ziemniaki i szczęka owcy łącznie z zębami to powiedziałam, że ja jednak nie przyjdę więcej bo nie jestem głodna ale dziękuję za zaproszenie.
Kiedy odjeżdżałam ugotowali dla mnie jajka, ziemniaki, parówki, obrali mi cebulę, żebym nie była głodna - hahahaha kochani

Dostałam koc, żeby nie było mi zimno, i pieniądze, żeby mi przypadkiem nie zabrakło.
Tym sposobem jestem w domu, niestety. Mama jest na mnie wściekła, choć wiem, że cieszy się że wróciłam i wie, że niedługo znowu tam wrócę.
A ja muszę szybko szukać pomysłu jak spędzić tam resztę życia... Zacznę od przeczytania porad na forum

)
Ściskam i zbieram się na koncert.
Buziaki ;*
-
Giovannna:
-
Mi corazon:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›